28 lipca, w cotygodniowej pikiecie pod Szpitalem im. Orłowskiego wzięło udział prawie tyle samo dzieci, co dorosłych (dwa dzidziusie bezpieczne pod sercami mam, mała Klara i czworo dorosłych). Tym sposobem nasze dzieci broniły życia innych, jeszcze nienarodzonych.

Szpital na Czerniakowskiej jest bowiem miejscem, w którym średnio co trzeci dzień zabija się dziecko w łonie matki. Prawie zawsze tylko dlatego, że podejrzewa się u niego chorobę. Może nawet dziś planowano tam jakieś zabić? Może nasz widok lub widok oklejonego antyaborcyjnymi banerami samochodu przy drugim wejściu sprawił, że wchodząca do szpitala kobieta zmieniła zdanie? A może położna lub lekarz  zdobyli się na odwagę i skorzystali z klauzuli sumienia? Mamy nadzieję, że tak.

Sama pikieta odbyła się dość spokojnie. Jedynie dwóch panów wychyliło się z samochodu i wykrzyczało w naszą stronę mało oryginalne przekleństwa. Natomiast Pani z logo organizacji feministycznej, wraz z towarzyszącym jej panem z aparatem, namiętnie fotografujący samochód z plakatami antyaborcyjnymi nie byli wulgarni ani agresywni, co po nocnych atakach z nożem stanowiło miłą odmianę.  Mam nadzieję, że nie tylko dlaczego, że przy samochodzie czuwał ochroniarz, ale nawet jeśli, to liczę na utrzymanie się tej tendencji.

 

Anna Jabłońska – wolontariuszka w Fundacji Pro-Prawo do Życia; komórka Warszawa