1 września, jak co tydzień, byliśmy pod szpitalem im. W. Orłowskiego, aby swoją obecnością ratować życie dzieci oraz sumienia lekarzy. Ustawiliśmy baner i megafon.

Odbyliśmy kilka rozmów. Ktoś podszedł, by uścisnąć nam dłoń, pogratulować i powiedzieć, że jest z nami, jakaś pani upierała się, że to niemożliwe, żeby w tym szpitalu były wykonywane aborcje, bo ona pracowała tu 40 lat i żadnych aborcji nie było, inny Pan natarczywie dopytywał nas o nasze zdanie w przypadku, gdyby Polka zgwałcona w Rimini zaszła w ciążę i chciała dokonać aborcji (ale przynajmniej rozmawiał), siostra zakonna obiecała modlitwę.

Większość osób wydawała mi się nastawiona do nas obojętnie, dopóki przypadkowy pan poproszony o zrobienie nam zdjęcia nie zrobił go z uśmiechem i życzliwością i poprosił nas do niego o uśmiech, „choć sprawa jest poważna”.

 

Anna Jabłońska – wolontariuszka w Fundacji Pro-Prawo do Życia; komórka Warszawa